DSC_2537
Hej!
Witam wszystkich bardzo serdecznie po kolejnej długiej przerwie! Często myślę o moim Blogu- to nie tak, że zapomniałam, czy mi się nie chce… Po postu czasu brak. Albo może nie odrobiłam lekcji z zakresu zorganizowania tak jak trzeba:-P
  Tematem dzisiejszego posta będzie problem, który dotyka mnóstwo rodziców. Chodzi o to, czego najbardziej się boją w związku z przyjściem na świat nowego członka rodziny- zmora macierzyństwa, a mianowicie- KOLKA!
  Ten kilkugodzinny histeryczny płacz, twardy, tak napęczniały brzuszek, że ma się wrażenie, że zaraz pęknie, problemy z karmieniem sprawiają, że czujemy się na wskroś bezradni. Beznadziejności do zaistniałej sytuacji dodaje fakt nieprzespanych nocy i zmęczenie fizyczne spowodowane nieustannym noszeniem i bujaniem cierpiącego maleństwa praktycznie bez przerw na odpoczynek. Osobiście nie zapomnę, jak czekałam na męża aż wróci z pracy jak na zbawienie, kiedy Oliś miał kolki. Tym bardziej, że biedak męczył się praktycznie cały dzień z tylko jedną przerwą w ciągu dnia na spanie. A więc krzyk cały dzień. Trudno mi było znaleźć czas na pójście do toalety, już nie mówiąc o jedzeniu. Za priorytet brałam złagodzenie bólu synka. Kiedy w końcu zasnął nie wiedziałam za co się zabrać- zjeść, posprzątać, czy położyć się spać- to był koszmar! Byłam wymęczona i fizycznie i psychicznie, choć nie powiem- terapia odchudzająca bezkonkurencyjna:-)

  Oczywiście stosowałam się do wszystkich wskazówek, na jakie się natknęłam: piłam koper włoski, podawałam różne krople, które totalnie na moje dziecko nie działały, jedynie niemieckie Sab Simplex rzeczywiście dawały jakiekolwiek rezultaty; robiłam masaże brzuszka; podawałam siemię lniane i oczywiście suszyłam suszarką- to było akurat super, bo naprawdę fajnie działało, ale tylko w momencie suszenia- ciepłe powietrze suszarki łagodziło ból, a szum uspakajał, ale to wymagało żeby cały czas siedzieć obok.
  Wiem, że niektórym dzieciom wystarczy podać kropelki i jest super. W większości przypadków jednak jest inaczej, tak jak też było u mnie. Mój koszmar kolkowy skończył się, kiedy dostałam skierowanie do szpitala rehabilitacyjnego z Olisiem, bo okazało się, że ma nieprawidłowe napięcie mięśniowe. Nie zapomnę, jak skierowano mnie na ćwiczenia metodą Vojty- totalnie nie wiedziałam, co to jest i byłam nieco przerażona, ale myślę sobie „trzeba to trzeba” no i poszłam. Jednymi z pierwszych słów jakie wypowiedziała rehabilitantka przy pierwszej wizycie było pytanie: „Czy Oliwier ma kolkę?”, oczywiście powiedziałam, że tak, a ona na to: „to już nie będzie miał”. Pomyślałam: „tak, jasne…” I co? Wróciłam z dzieckiem do domu, a ono pięknie spało. Po kilku godzinach powtórzyłam ćwiczenia zgodnie z zaleceniem rehabilitantki i potem znowu spało. Jeszcze wtedy nie wierzyłam… Sądziłam, że może odreagowuje nowe przeżycia, albo ma po prostu lepszy dzień, a tu kolejny i kolejny… Oliś zaczął się więcej uśmiechać i szybko się rozwijać, a ja znowu czuć pełną satysfakcję i radość z macierzyństwa. No cud normalnie!!! No jak ręką odjął!!!

  Oczywiście wszem i wobec rozgłaszałam jakie cudotwórcze są ćwiczenia Vojty, a sama nie mogę darować, że ogólnie się nie mówi o ich skuteczności w kwestii kolki. No tak… lepiej promować chemiczne krople, na których wzbogacają się koncerny farmaceutyczne niż skuteczne ćwiczenia, prawda? Postanowiłam więc przetrzeć szlaki i wypromować te ćwiczenia na moim blogu.
VOJTA POGROMCĄ KOLEK!!! VOJTA POGROMCĄ KOLEK!!! VOJTA POGROMCĄ KOLEK!!! Rozgłaszajcie to wszystkim rodzicom, którzy zmagają się z problemem kolek u dziecka!
 To, że nie ma problemu z napięciem mięśniowym u dziecka nie przeszkadza w stosowaniu ćwiczeń. W sumie przynoszą same korzyści- powodują połączenia między synapsami i wspomagają rozwój dziecka. Wpływa to też na późniejszy czas. Dziecko stymulowane w okresie niemowlęcym metodą Vojty w czasie szkolnym lepiej się uczy i jest lepiej rozwinięte manualnie. Niektórzy rodzice, którzy o tym wiedzą, stosują tą metodę, bo chcą, żeby ich dzieci były dobrze rozwinięte intelektualnie.
Pewnie się zastanawiacie, jak takie ćwiczenia wyglądają?… Powiem Wam, że długo myślałam, czy podać instrukcję, albo nawet nagrać filmik z udziałem rehabilitantki, ale doszłam do wniosku, że nie chcę tego robić. Polecam tę metodę stuprocentowo- teraz też ją stosuję na Nikosiu, ale za inne dzieci nie chcę brać odpowiedzialności. Uważam, że rodzic, któremu zależy żeby zwalczyć kolkę powinien sam zaprosić rehabilitanta do domu, żeby uczyć się pod jego okiem jak wykonywać te ćwiczenia. Szczerze mówiąc ja, mimo że umiem je wykonywać, i tak zapraszam do siebie rehabilitantkę co dwa tygodnie, więc nie mam się za eksperta. Z resztą cenię to, że rehabilitantka dostosowuje te ćwiczenia indywidualnie do potrzeb dziecka.

Powiem tylko tyle, że te ćwiczenia są bardzo bardzo proste. Polegają na takich uciskach w poszczególnych punktach na ciele, które powodują pracę mięśni. Trwają od 5-15 minut i trzeba je powtarzać 3 lub 4 razy dziennie w odstępach co 3-4 godziny. Absolutnie te ćwiczenia nie bolą, choć niemowlaczki przeważnie przy nich płaczą, ale ze względu na to, że krępuje się ich ruchy i czują dyskomfort. W każdym razie ja jestem zdania, że lepiej, żeby sobie popłakał 5 minut, ale potem nie cierpiał kilka godzin z bólu niż odwrotnie.
Cóż… nie wiem, czy was przekonałam do spróbowania, szczególnie że nie poznaliście w tym poście szczegółów. Wiem, że reakcje są różne, choć cieszę się, że osoby które się tego podjęły spośród tych które znam się nie zawiodły. W każdym razie ja polecam, polecam i polecać nie przestanę!
Szkoda maluszków słodziutkich i bezbronnych, żeby tak cierpiały bez powodu… 
Trzymajcie się!!!
(na zdjęciach Nikoś kiedy miał niecałe 7 tygodni)
Written by Karolina Szcześniak
Hej kochane! To ja Karolina. Na co dzień przede wszystkim mamuję i żonuję, co nie znaczy, że w moje życie wkradła się rutyna! Pragnę dzielić się z Wami nie tylko swoim mamuśkowym doświadczeniem i kreatywnymi pomysłami na formy spędzania czasu z dziećmi, ale też swoją miłością do twórczości. Czasem igła z nitką, czasem farby, papier ścierny, może filc, koraliki, stare ciuchy, innym razem aparat fotograficzny- to moje niezbędne narzędzia. Choć na pewno na nich nie poprzestanę! - bo ja Love Creation!