DSC_2693
Oj kochani moi… Najpierw post był, nagle zniknął, a teraz znów jest:-D Pojawia się i znika:-P Te zawirowania były powodem mojego kombinowania na bloggerze. Coś wcisnęłam nie tak i skasowałam posta… Nawet nie wiecie jak się zagotowałam… Tym bardziej że ten post był akurat baaardzo długi i włożyłam w niego naprawdę sporo serca… No nic… Konsekwencja roztrzepania musi być… Piszę od nowa.

Na wstępie wspomnę jeszcze raz o tym, że podczas mojej długiej nieobecności na blogu nie raz sobie ukradkiem zaglądałam, co tu się dzieje i zauważyłam, że najchętniej odwiedzacie posty dotyczące zabaw z dziećmi, co bardzo mnie cieszy, bo na pewno wpłynie na zawartość treści bloga, ale też zmotywuje mnie do większej kreatywności. Mogę już wam zdradzić, że podjęłam już konkretne prace i w najbliższych dniach obiecuję, że wystawię pierwszy taki post. 
A tym czasem przejdźmy do tego jakże ważnego tematu- wartości mleka mamy. Zacznę od krótkiej historyjki:

…Nadszedł już czas… Nikt tego nie planował na akurat teraz, ale właśnie się zaczęło i nikt tego nie cofnie… Ono takie malutkie jeszcze kilka chwil temu swobodnie odpoczywało sobie w swoim ciasnym domku, a teraz jakieś nieznane mu dotąd siły wypychają je do całkiem nowego świata. Z całej swojej niewielkiej mocy próbuje się przeciskać przez bardzo wąski korytarzyk. Kosztuje to go bardzo dużo pracy, ale stara się, bo podświadomie czuje, że tam czeka go coś nowego, co odmieni jego życie… aż nagle czuje przestrzeń, zimno… czuje nowe zapachy, słyszy zupełnie obce głosy. Jest przestraszone, nie wie, co się z nim dzieje… Nagle czuje zapach i ciepło, które zna bardzo dobrze, bo towarzyszą mu od początku jego istnienia. I tutaj czuje się bezpiecznie. Za chwilę jest przytulone jeszcze szczególniej, swoimi malutkimi usteczkami chwyta kawałek podsuniętego mu ciałka i doświadcza najwspanialszego smaku, jaki dotychczas próbowało- mleka swojej mamusi.
Nikt nie nauczył go ssać, nawet mu tego nie wytłumaczył… samo się nauczyło… Nikt nie wyprodukował tej przepysznej substancji… sama się wytworzyła i do tego ma idealny smak, skład i temperaturę… A oni… jeszcze nie rozmawiali ze sobą, a już nie mogą bez siebie żyć…

Znacie to? Historyjka niby wymyślona, a jednak przydarza się codziennie. I nikt mi nie wmówi, że to nie jest cud. Ciekawa sprawa, że za wiele elementów tego niesamowitego zdarzenia jest odpowiedzialny znany nam hormon- oksytocyna. Ten hormon między innymi wywołuje skurcze porodowe. Pewnie niejedna z Was miała ją podaną, aby przyspieszyć poród lub wywołać skurcze.
Ale to nie jeden atut tego hormonu. Wyobraźcie sobie, że jest nazwany hormonem zaufania. Dzięki temu, że wytwarza się podczas porodu, działa jak zaklęcie, niczym strzała Amora i na dzidziusia i na mamusię i nawet jeśli oboje tego nie rozumieją, po prostu na dzień dobry są do siebie bardzo przywiązani. Dla ciekawostki powiem, że w 2007 roku przeprowadzono badania naukowe na 68 uczestnikach, którzy byli wypróbowani w kwestii ofiarowania zupełnie obcej osobie dowolnej ilości pieniędzy. Wyobraźcie sobie, że 34 z nich (te, które wdychały oksytocynę) były o 80% bardziej hojne niż te, które oksytocyny nie wdychały! Niesamowite, jak chemia w naszych mózgach nami rządzi.
Ale to nie wszystko! Przez to, że w czasie porodu wydziela się oksytocyna, otwierają się kanaliki mlekowe, dzięki czemu mleko bezpośrednio po porodzie maleństwo może już ssać. Poza tym, dzięki niej mama odczuwa z karmienia przyjemność. Ciekawe, że badania dowiodły, że kobiety, które odczuwają niedobory tego hormonu, mogą mieć problem z zaakceptowaniem nowej sytuacji, a karmienie może sprawiać im ból.
Zobaczcie jakie to ważne, żeby urodzić siłami natury. Na ile spraw to wpływa i jakże istotnych! Nie zrozumcie mnie źle, sytuacja sytuacji nierówna. Jak jest konieczność, żeby wykonać cięcie cesarskie, to nie ma o czym mówić- najważniejsze zdrowie mamy i maluszka. Myślę o tych przyszłych mamach, które same decydują się na tą formę porodu. Kochane moje- przemyślcie to jeszcze raz. Mogę Was zapewnić, że po wszystkim niczego nie będziecie żałować, a o bólu zapomnicie już w chwili, gdy zobaczycie swoje najcudowniejsze istotki na świecie. Weźcie pod uwagę też czas rekonwalescencji i kwestę blizny…

No nic… decyzja tak czy siak Wasza indywidualna. Nie naciskam, nie oceniam- ale polecam poród naturalny. Wróćmy teraz do tematu skarbu w naszych piersiach.
Zacznijmy od początku: siara- zabawna nazwa, zupełnie nie wiem, dlaczego taka. Ciekawa sprawa, że tego pokarmu jest w sumie mało, ale ma tak idealnie dopracowany skład, że zaspokaja w zupełności potrzeby żywieniowe nowo narodzonego dziecka. Powiedziałabym, że to takie mleko na rozruch- piersi przygotowują się na większą akcję, a maleństwo zbiera siły, żeby sobie z tym poradzić:-)
A po zaledwie kilku dniach- nawał pokarmu. Na tym etapie, jeśli wcześniej myślałaś, że tyle co biust urósł ci w ciąży to wszystko, to właśnie się zdziwisz… rozmiar albo dwa więcej to minimum. Czasem będziesz myślała, że piersi zaraz eksplodują, ale nie martw się, mały snajperek bombę unieszkodliwi. Dlaczego taka sytuacja? Otóż piersi zaczynają konkretną produkcję mleka. Tylko na razie nie wiedzą, ile wyprodukować, dlatego robią spory zapas. A potem w miarę karmienia mózg rejestruje, ile mleka maluszek zjada i taką ilość nasza prywatna fabryka będzie dawać. Dlatego lepiej nie używać laktatora, żeby doznać ulgi w nabrzmiałych piersiach, bo potem będą produkować i to co potrzebuje dziecko i to co potrzebuje laktator:-) A więc się od niego uzależnicie:-P Nieźle, prawda? A wiecie, że jak dziecko jest głodne, najpierw chce zaspokoić pragnienie, a dopiero potem zjeść coś konkretnego? I tutaj znowu nasze cuda natury spieszą z pomocą. Kiedy przystawimy maluszka do piersi, najpierw leci mleko rzadkie, żeby mógł się napić, a potem zamienia się w gęste, treściwe. Dlatego ważne, żeby z jednej piersi dziecko ciągnęło przynajmniej 5 minut, bo przecież chcemy, żeby się porządnie najadło, prawda?

A po około dwóch miesiącach piersi miękną…  i co wtedy? No nic… dalej karmimy:-) Niektóre mamy myślą wtedy, że tracą pokarm, ale to kompletna nieprawda moje drogie. Po prostu w naszej fabryce zmienia się system pracy. Teraz już pokarm nie odkłada się na zaś, tylko w momencie, kiedy przystawiamy dziecko do piersi, taśma produkcyjna się włącza i mleczko wytwarzane jest bezpośrednio z krwi. Także już nie cierpimy, ale piersi powoli wracają do dawnych rozmiarów, z czego nie każda się cieszy, ale przynajmniej można się wcisnąć w dawne bluzeczki.

Nie będę tu opisywać wszystkich etapów karmienia, bo trochę tego jest, ale chciałabym wykorzystać ten post do tego, żeby zachęcić te mamy, które przechodzą kryzys pokarmowy i myślą o rezygnacji z karmienia piersią do tego, żeby podjęły jeszcze walkę. Czasem naprawdę niewiele trzeba, a maluszek będzie bardzo wdzięczny… Później już nie będziecie miały szans tego nadrobić…

Może zastanawiacie się, dlaczego to takie ważne, żeby karmić piersią, a nie mlekiem modyfikowanym? Cóż… powodów jest sporo. Oprócz tego, że daje dziecku poczucie bezpieczeństwa i szczęście, na przykład zawiera przeciwciała potrzebne do walki z infekcjami. A kiedy ty jesteś przeziębiona, wytwarza się jeszcze więcej przeciwciał, żeby maleństwo się nie zaraziło. Jest to mu bardzo potrzebne, bo biedactwo swojej odporności jeszcze nie ma. Poza tym dzieci karmione piersią w wieku dorosłym nie mają problemu z otyłością (nawet jeśli jako niemowlaczki są pulpetami). Pokarm mamy jest lekkostrawny, dlatego nie ma problemu z zaparciami u dziecka. Ważna sprawa, że nasze mleczko ma na tyle idealny skład, że bez problemu możemy karmić swoje pociechy tylko nim do końca szóstego miesiąca życia- bez żadnych deserków, obiadków, owocków, herbatek, czy wody (nawet w upalne dni). I oczywiście jest zawsze gotowe- w odpowiedniej ilości i temperaturze. Nie trzeba wszędzie ze sobą tachać butelek, przegotowanej wody, miarek z mlekiem- a jeszcze nie raz problem, gdzie tu podgrzać… nie nie…uciążliwa sprawa. No i zgryz… Sposób, w jaki dziecko ssie sutek jest bezpieczny dla zgryzu, co owocuje prostymi ząbkami w dorosłym życiu (o ile oczywiście nie przeholujemy ze smoczkami), a myślę że wasze dzieci będą wam wdzięczne jak się dowiedzą, że ich mamy zadbały zawczasu o tę sprawę:-) 

Zalet karmienia piersią jest oczywiście więcej, ale te jak dla mnie już wystarczą, żebym była przekonana w 100% do tej metody karmienia swojego dziecka. Co nie znaczy, że mam super łatwo. Olisia karmiłam niecałe pół roku. Złapał mnie kryzys pokarmowy, który mnie wykończył. Nie umiałam sobie z nim poradzić, a w zasadzie po prostu się poddałam. Najpierw przeszłam masakrystyczne kolki, a zaraz problemy z karmieniem i uznałam, że to mnie przerasta… I tak to mnie nie usprawiedliwia. Teraz bardzo żałuję, tym bardziej jak przypomnę sobie ile zachodu kosztowało przygotowywanie mleka modyfikowanego (szczególnie w nocy) już nie mówiąc o kosztach.
Myślałam, że z Nikosiem tego problemu nie będę miała, jako że od samego początku je za dwóch, a tu jednak. Około tydzień temu jednego wieczora przystawiam go do piersi, a on zaraz się denerwuje. Próbuję, drugi raz, i nic. Do drugiej piersi- dalej nic. Sprawdziłam sama, że rzeczywiście nic nie leciało i wtedy zaczęłam panikować. Przygotowałam mleko modyfikowane, ale Nikosiowi to nie pasowało. Totalnie nie chciał jeść z butelki. Bardzo było mi go żal. Nic nie mogłam zrobić, jak tylko przystawiać do piersi ale bezskutecznie. W końcu zasnął ze zmęczenia. Dobrze, że w nocy już udało mi się go nakarmić. Bałam się, że to oznacza taką akcję jak miałam z Olisiem, ale postanowiłam, że zawalczę.

Następnego dnia zadzwoniłam do mojej dobrej znajomej która w temacie jest zaznajomiona, dlatego że sama przeszła poważne problemy laktacyjne, a teraz jest naprawdę super. Pożyczyła mi laktator elektryczny, który jej bardzo pomógł oraz sprezentowała herbatkę Bocianek. Bardzo ją zachwalała, choć szczerze mówiąc ja bardziej pokładałam ufność w laktatorze. A co się okazało? Laktatora użyłam dwa razy, a herbatkę piję 3 razy dziennie i efekty są rewelacyjne! Wyobraźcie sobie, że już w trakcie picia czuję, że coś się dzieje w piersiach. To jest niesamowite! Z resztą wiele mam tą herbatkę chwal jak się okazuje- możecie o tym poczytać na forach.
Nie zawsze oczywiście herbatka wystarczy, czasem użycie laktatora jest niezbędne. A wtedy jeśli chcecie pobudzić produkcję mleka warto robić takie sesje: najpierw ściągać po 7 minut z każdej piersi, potem po 5 minut z każdej, a potem po 3. I nie zniechęcajcie się jak mleko nie leci- to nie musi oznaczać, że pokarmu brak. Laktator ciągnie inaczej niż naturalny ssaczek i z nie każdym kształtem sutka sobie radzi, ale podciśnienie robi swoje. Skuteczność tego zabiegu poznacie, kiedy przystawicie maleństwo do piersi. Jeśli łyka, a potem jest zadowolone, to wszystko w jak najlepszym porządku. Takie sesje możecie wykonywać dowolną ilość razy w ciągu dnia.
Podsumowując ten temat- kochane mamy: dajmy naszym dzieciom to co najlepsze. Przez dziewięć miesięcy nosiłyśmy najwspanialsze skarby w naszych brzuszkach, teraz mamy skarby w piersiach, które, dobrze wykorzystane, procentują na przyszłość. Pomyślcie o tym, jakim karmienie jest niesamowitym i złożonym cudem, w którym my, kobiety mamy przywilej i zaszczyt uczestniczyć. Mężczyźni mogą to sobie tylko wyobrażać:-)
(zdjęcia zaległe z listopada, ale musiałam je zamieścić:-))
P.S. Dałam radę… mam nadzieję, że nie jest gorzej niż poprzednio:-)

Written by Karolina Szcześniak
Hej kochane! To ja Karolina. Na co dzień przede wszystkim mamuję i żonuję, co nie znaczy, że w moje życie wkradła się rutyna! Pragnę dzielić się z Wami nie tylko swoim mamuśkowym doświadczeniem i kreatywnymi pomysłami na formy spędzania czasu z dziećmi, ale też swoją miłością do twórczości. Czasem igła z nitką, czasem farby, papier ścierny, może filc, koraliki, stare ciuchy, innym razem aparat fotograficzny- to moje niezbędne narzędzia. Choć na pewno na nich nie poprzestanę! - bo ja Love Creation!
  • Jejciu, przecudowny post! Będę zaglądać tu częściej😚☺️
    Zapraszam też do mnie:
    http://www.vvbre.blogspot.com

  • Dziękuję bardzo:-) na pewno skorzystam z zaproszenia!

  • Całkowicie się z Tobą zgadzam!!! I bardzo się cieszę z tego postu. Sama też jestem mamą. Moje drugie dziecko ma 8 miesięcy i nadal karmię piersią. Dłużej niż pierwsze. Ale dlatego, że się nie poddałam tak szybko jak przy pierwszym po trzech miesiacach bo myslalam że nie mam pokarmu albo za chudy pokarm. Bzdury. Nie ma czegos takiego jak za chudy pokarm. Teraz to wiem. Sporo czytałam w drugiej ciąży na temat karmienia. Jeżeli dziecko zle ssie to niestety bedzie problem. Ale jezeli nie to pokarm będzie zawsze. Tylko czasem trzeba cierpliwie przeczekac skoki wzrostu i karmić na okrągło. Krew pot i łzy ale nie ma nic cudowniejszego dla dziecka niż mleko mamy!!!

    http://www.other-than-pink.blogspot.com

    • Widzę, że jesteśmy na tym samym etapie! Mój Nikoś też ma 8 miesięcy i cały czas jestem dumną karmiącą mamą i póki co planuję ten stan utrzymać:-D Tobie oczywiście życzę powodzenia!